(9)

Reportaż ze zbioru reportaży Janusza L. Sobolewskiego ''I zamknę cicho drzwi...''

C.k. marszałek Adam von Dembicki. Sanok. Marszałkowe brzemię



Tyś poeta. To potęga! Lecz i brzemię też Atlasa.
(Władysław Ordon, wł. Szancer;
połowę życia spędził w zakładzie psychiatrycznym)




     P rzez pokój przechodzi się prędko. W nim akwaria - suche, a niektóre z wodą do połowy. Rybek niemych niewiele. Obok balony z winnymi pęcherzami. Na ścianach pusto. Tylko oczami wyobraźni dojrzeć można cień po obrazie w ramach, na którym pan domu, marszałek Jego c.k. Mości Adam von Dembicki na koniu towarzyszy cesarzowi Austrii i królowi Węgier Franciszkowi Józefowi, też na koniu. Obraz przepadł, oglądany do tak niedawna przez małżonkę marszałka Oktawię.

          Marszałek w 1925 roku - osiem lat przed śmiercią - w Krynicy. Siwe wąsy. Elegancki, w okrągłym kapeluszu i jasnej kamizelce. Mimo to pogniecione jakby spodnie staruszka. Obok mały biały pies o rasie nieodgadnionej, na którego wołano Szpic. Na innym zdjęciu młoda żona Oktawia z wyraźnymi kośćmi policzkowymi, uśmiechnięta, z luźno osadzonymi zębami. Oczy duże, w naturze brązowe. Szyja długa, ramiona opadające, włosy krótkie, falowane, uczesane w przedziałek. Według tamtych wzorców piękna. Dla przystojnego, siedemdziesięciosześcioletniego marszałka piękna z pewnością. Na kolejnych zdjęciach marszałek na manewrach wojskowych, z korpusem oficerskim, a także z rodziną.

          Żołnierz Jego c.k. Mości służył i mieszkał w wielu miastach habsburskiego imperium. Na ostatnie lata wrócił do rodzinnego Sanoka. Ludzie pamiętają przekazy, a te wielkiego pana, umiejącego rozmawiać po czesku, ukraińsku, słowacku, słoweńsku, francusku, rosyjsku, zaś pisać po niemiecku i polsku. Kiedy przyjeżdżał pociągiem, miejscowa jednostka wojskowa witała go na dworcu. Fiakrzy sanoccy: Kurzydło i Czopor wytrącali sobie bat o to, który z nich ma wieźć marszałka na przejażdżkę. Von Dembicki nie pił, nie palił, był hojny, szczery. Płacił złotem. Obdarowywał żebrzących Cyganów. Przypadli mu oni do gustu chyba wówczas, gdy syn znanego marszałkowi Cygana Franka zasłynął z porwania wielkiej śpiewaczki cygańskiej Randii.

          Zachowało się zaproszenie na obiad do cesarskiego pałacu w Wiedniu, wystawione dla marszałka w 1908 roku. C.k. potrawy, c.k. stroje, c.k. walc, c.k. świat i kultura. Także c.k. kobiety. Oktawia była jego drugą żoną. Po pierwszej damie serca, z którą związał się w 1881 roku, pozostało zdjęcie: szczupła, pociągła twarz, długi nos niekoniecznie pięknej pani. Opięta w talii, w bogato obszywanej perłami i cekinami białej sukni, stoi przy mężu wraz z dwoma synami: urodzonym w 1882 roku Georgiem, podobnym do niej jak dwie krople wody, i z młodszym Adamem, który wdał się w ojca. Pierwsi synowie marszałka byli w 1910 roku porucznikami c.k. armii.

          W sierpniu 1928 roku znów Krynica. Marszałek starszy o trzy lata. Za to młoda żona Oktawia z ziemiańskiego domu, odsłaniająca zgrabne nogi, tu lepiej uczesana, z fryzurą wysmuklającą twarz. Z nimi ich roczne dziecko. U kresu - los dał marszałkowi szczęście. W puchu. W koronkach. W dobrobycie. Szczęście niańczone. Z ptasim mleczkiem i potrawami wiedeńskiej kuchni. Dla służby domowej - panicz. Wychuchany syn marszałka!

     ...P o sześćdziesięciu latach siedzi oto za stołem w sanockim domu. Z pękniętą gitarą nad głową. Z wklęśniętą czaszką. Pijak, w lustrze starszy niż metryka. Nie ogolony. Łysiejący z czoła. Z cesarsko-królewskim owalem głowy. Z opadającymi ku ramionom włosami. Z bokobrodami. Z wyprostowaną postawą przy mniej niż średnim wzroście.
          - Częstuj się pan - pośpiesza Dembicki, Adam po ojcu. Drżącą ręką podsuwa szklankę z ciociosanem.
          - Proszę, wolniej. Mamy porozmawiać.

          Wypija jednym haustem i dolewa sobie po brzeg. - Wie pan, ja z rosyjska, nie umiem z kieliszka. Proszę, niech pan pyta, mnie nie przeszkadza.

          Butelka staje się lekka.

          - Niech pan pyta, powiem wszystko - chwyta znienacka za nie swoje szkło.
          - Ale nie zdążyłem tknąć... Cóż.
          - Jestem pijakiem. Nie kryję. Niech pan pyta. Opowiem. Jestem pijakiem. Łajdakiem. Może pan napisać. Też poetą. Pan nie wierzy? Niech pan czyta.

          W trzydziestodwukartkowym zeszycie w linię cykl epitafiów: ''Epitafium pijaka: Śpij spokojnie w tym grobie drogi nasz kolego/ Pracownicy Monopolu Spirytusowego. Epitafium murarza: A gdy ostatnia godzina wybiła/ Śmierć kopniakiem w dupę z muru go strąciła. Epitafium homoseksualisty: Przy mogile tej młodzieńcze zachowaj się cicho/ Bowiem gdy go zbudzisz, źle będzie z twą kichą. Epitafium lotnika: Tak dobrym życia swego był pilotem/ Że śmierć go zabrała razem z samolotem. Epitafium cichodajki: Dawała, dawała, dawała/ aż wreszcie śmierć ją Aidsem pokarała. Epitafium autora: Wielka kariera w życiu go czekała/ Lecz wykończyła go podła gorzała. Epitafium wariata: Titi titi, trata trata/ Pochowano mego pacjenta wariata. Profesor psychiatra''.

          Następnego dnia - na trzeźwo - syn marszałka pokazuje swoje tatuaże. Wąż, ptak, kobieta z plaży, ryba, wielki motyl pod szyją, próbujący wyfrunąć spod rozpiętej koszuli. Ręce skłute, pierś jak nieboskłon z kabalistycznymi znakami. Na prawym policzku identyfikacyjna kropka, coraz bledsza z latami, coraz mniej błękitna. - Kieszonkowcy tatuowali się pod lewym okiem, a ja po prawej stronie, bo nie jestem złodziejem. Robiłem to, co inni - wyjaśnia - a teraz idę w osamotnienie nad Sanem. Dzieci, nawet dorośli, podchodzą, patrzą otwarcie, bezczelnie.

          Z fotografii - najpewniej sprzed roku 1950 - spogląda młodzian bez tatuaży: z meszkiem pod nosem, w białej koszuli z kołnierzykiem, wyłożonym na kraciastą marynarkę. Syn marszałka! Na zdjęciu z 1958 roku on - trzydziestojednoletni mężczyzna, wyraźnie łysiejący, z ulatującym już motylem. Z życiem za sobą.

     - O kci, okci - wołał malec do matki, gdy ta przyciskała go do piersi. - Cacy, cacy. - Do mamusi, do mamusi - wyrywał się z rąk trzech ciotek, które wszystkie jak jedna zostały nauczycielkami i starymi pannami. Ojciec matki i jej sióstr - Pisarczuk - był wizytatorem szkolnym w województwie lwowskim, zaś matka pochodziła z ziemiańskiej rodziny Habdang-Kunickich, osiadłej w dworku Skałat na Polesiu. Siostry Pisarczukówny, z których najstarsza kulała, uznawały Oktawię za najpiękniejszą spośród siebie. Bez większego zaskoczenia przyjęły wiadomość o jej ślubie z sędziwym marszałkiem c.k. armii. Marszałek chodził dziarsko lwowskimi ulicami, otrzymywał szesnaście tysięcy koron emerytury wojskowej, powiększanej jeszcze o tysiąc dwieście koron "na opłacenie kwatery", imponował pomonarchicznymi klejnotami i wcale nie bajkowymi workami ze złotem. No, może woreczkami. Było ich sporo. Każdy pełen złotych monet.

          Ślub uciekającej ze stanu panieńskiego, trzydziestoletniej Oktawii Pisarczukówny z siedemdziesięciojednoletnim c.k. marszałkiem na emeryturze Adamem von Dembickim odbył się we Lwowie 24 marca 1920 roku. W dzień powszedni, w środę. Widać, że rodzinie Oktawii, jej samej, a może i marszałkowi niezbyt zależało na licznej publiczności. Testimonium Copulationis, czyli metryka ślubu, wystawiona przez Respublicę Polonia i Palatinatus Leopoliensis zawarcie ślubu potwierdza, lecz różnorakich domysłów zweryfikować nie może.

          Po siedmiu latach urodził się we Lwowie syn Adam, ...smakosz ciociosanu. U schyłku życia marszałek, wiedziony sentymentem, przeprowadził rodzinę do Sanoka, w którym to galicyjskim miasteczku przyszedł na świat 20 grudnia 1849 roku. Testimonium ortus et baptismi (świadectwo urodzin i chrztu) w Imperium Austriae, Regnum galiciae, Districtus Sanok podaje wiadomości też o ojcu przyszłego marszałka. "Pater: Paulus Dembicki, profesor schola normalis in Sanok" - czyli nauczyciel szkoły powszechnej w Sanoku.

          W roku 1853 miasto odwiedził cesarz Franciszek Józef I. Koszary sanockie były siedzibą dowództwa 45. galicyjskiego regimentu piechoty oraz rejonem rekrutacji 13. regimentu ułanów.

          Późniejszy marszałek w latach 1862 - 1866 uczył się w Instytucie Kadetów w Hainburgu. W 1870 roku ukończył studia w Terezjańskiej Akademii Wojskowej w Wiener Neustadt z wynikiem bardzo dobrym. W Königgratz (obecnie Hradec Kralove) służył w 45. pułku piechoty przez dwa lata. Zdał do Szkoły Wojennej w Wiedniu. Po niej zaliczał różne miasta i garnizony: Karthaus koło Jićina, Krems, Czeskie Budziejowice. W Czerniowcach był już pułkownikiem, w Przemyślu - adiutantem Dowództwa Obrony Krajowej, w Jarosławiu - dowódcą 90. brygady piechoty Landswehry, w Ołomuńcu - dowódcą 5. dywizji piechoty. W 1907 roku otrzymał stopień feldmarszałka porucznika, odpowiadający dziś stopniowi generała dywizji. Przyznano mu medal "Signum Laudis", potem Order Żelaznej Korony III klasy. "Pełen taktu" i "szorstki podczas narad", "świetny w dowodzeniu oddziałami" - cytaty opinii z akt 1908 roku. W następnym roku odznaczono go Krzyżem Rycerskim Orderu Leopolda. Z pewnością czuł dumę, gdy w 1915 roku do Sanoka zawitał następca tronu i przyszły cesarz austriacki Karol I, a on przyjmował stanowisko zastępcy komendanta obrony Budapesztu. Potem objął komendę garnizonu w Salzburgu. W czynnej służbie pozostawał do końca 1918 roku.

     W Sanoku - po przeprowadzce ze Lwowa - emerytowany żołnierz Jego c.k. Mości Franciszka Józefa I zamieszkał w domu przy ulicy Płowieckiej. W mieście tym także podjęły pracę nauczycielską i zamieszkały siostry żony Oktawii. Marszałkowa nie czuła się osamotniona. Mały Adzio rósł jak na drożdżach, dla wszystkich oczko w głowie.

          - Pamiętam chorobę ojca: częściowy paraliż, atakujący okresowo, spowodowany chyba udarem mózgu. Normalnie ojciec chodził o lasce po ulicy, a nawet dawał się wozić fiakrom za złote monety. Z opowiadań ciotek wiem, że za namową matki wymienił trzy worki złotych monet na papierową walutę. I stracił. Może nie majątek, na pewno nie fortunę, lecz z rozpaczy szlag go trafił. Szlag ojca trafił, lecz nie na śmierć. Ta przyszła, kiedy miałem sześć lat - wspomina Adam Dembicki.

          W 1939 roku Adam skończył lat dwanaście, jego matka - wdowa po marszałku c.k. armii - czterdzieści dziewięć. Dbała o dom, spotykała się z siostrami, spacerowała z synkiem, który nie czując nad sobą ojcowskiej ręki, rozpieszczany przez ciotki, wyrywał się raz po raz spod opieki nianiek czy kuchennych. Nadsłuchiwał nawoływań kolegów z podwórka do wspólnych zabaw i drak. Cenił towarzystwo, lubił przewodzić, imponować. Dla towarzyszy wycieczek nad San, do pobliskich jarów i gruzowisk, był przede wszystkim synem marszałka. Zaszczycał obecnością.

          Adziowi dusza grała, głowa młoda rodziła pomysły, ucho nie fałszowało melodii Sanu. Nad brzegiem rzeki dorastał do burd, do gitary, do drapieżnej bufonady. - Paniczu, paniczu - wołali do okna koledzy z podwórka. On wychodził do nich przed drzwi z pełnymi rękami. Zaskórniaki starczały na lemoniadę, na jakieś wino, za to pamiątki po ojcu - przykładowo kopyto marszałkowskiego konia, podkute złota podkową, ofiarowane na pożegnanie służby przez c.k. oficerów - do dumy i przechwałek. - To złota podkowa - wyjaśniał. - Sam Najjaśniejszy Pan Franciszek Józef ją polerował - okraszał opowieść.

          Chłopcy z podwórek, biedniejsi, w łachmanach, słuchali syna c.k. marszałka z wypiekami, także dziewczęta sąsiadów nie uciekały. Ot, choćby jedna dojrzewająca Ukrainka Tosia, której imponował opowieściami o domowych skarbach, workach ze złotymi monetami, cennych pamiątkach ojca i obrazach, zwiezionych z całego świata. Matce były nie w smak te kontakty, to spoufalanie się z ulicą. Ograniczała jak mogła eskapady jedynaka, twierdząc nie bez racji, że wpływają one źle na jego zachowanie, obracają w niwecz tradycje kulturalnego domu.

          Adzio dokazywał. Czy to na podmokłych łąkach, wywołując duchy bagien, zawodząc przy gitarze ukraińskie pieśni, czy w szkole, wiercąc się i prychając jak iskra. Jego powszechniak zamknięto na jakiś czas po wkroczeniu Niemców. Ani nie płakał z tego powodu, ani nie czuł respektu przed okupantem. Zarówno matka, jak i wszystkie ciotki, rozmawiały perfect w języku niemieckim, jemu też szło z tym coraz sprawniej. Poza tym nowa władza pamiętała o ojcowskich zasługach dla szanowanego cesarstwa... Przynajmniej tak sądził, obserwując z bliska żołnierzy Wehrmachtu, zajmujących kwatery w sanockich domach.

          U Dembickich, na Płowieckiej, zamieszkali także oficerowie niemieccy. W domu ciotek Pisarczukówien - również. Adam Dembicki: - Pełen szacunek. Matkę w rękę całowali. Wszyscy oficerowie bardzo grzeczni. U ciotek mieszkał nawet pułkownik. Zetels się nazywał. Był lekarzem psychiatrą. W Dűsseldorfie miał prywatną klinikę dla nerwowo chorych.

     P ani c.k. marszałkowa Oktawia została zatrudniona w szpitalu w Sanoku jako tłumaczka. Czternastoletni Adzio..., razem z czterema kolegami ze szkoły, których namówił do nowej zgrywy, rozrzucił antyfaszystowskie ulotki. Po latach nie jest w stanie przypomnieć sobie ich treści, wypisanej piórem na kartkach z zeszytu. Daje słowo honoru: były antyfaszystowskie! Wzięły się z chęci dokazywania, wyróżniania się wśród rówieśników. - No bo cóż mi zrobić może Szwab z trupią czaszką?

          Nie pomogło wstawiennictwo pułkownika Zetelsa, kwaterującego u ciotek. Nie pomogły łzy wdowy po c.k. marszałku. Powiada: - W gabinecie oprawców Kratzmana i Millera nie straciłem rezonu. Zawsze byłem sobą, paniczem Adamem, synem marszałka.

          - Jak się nazywasz? - zapytał Miller.
          - Adam Dembicki. Mój ojciec był marszałkiem!
          - Może Żyd?
          - Ja? - nie umiał ukryć oburzenia. - Mego ojca szanował sam cesarz Franciszek Józef. W domu są razem na koniach...
          - Twój "von" ojciec to nie zgniły arystokrata, porozmawiać możemy i miło - odezwał się z kąta pokoju gestapowiec Kratzman. - Znałeś różnych kolesiów. Kto podsunął ci pomysł napisania ulotek?
          - Nikt.
          - No, uważaj. Twoi koledzy wskazali na ciebie. Nie chce się nam wierzyć, żeby syn "von" marszałka... - pokpiwał Miller.
          - Tak, to ja wymyśliłem.
          - Ojciec służył wielkiemu narodowi niemieckiemu uczciwie, a syn rozrzuca ulotki.
          - Nieprawda, to nie tak...
          - To zaszczyt służyć wielkiej Rzeszy.
          - Ojciec był marszałkiem polskim. Ja jestem Polakiem!
          - Możesz być Niemcem. Zastanów się. Poślemy cię do Wiednia, do szkoły. Dużo się nauczysz. Potem z obrzydzeniem wspominać będziesz wszawą polskość.
          - To ty wszarz... - warknął na Kratzmana.
          - Coś powiedział? - Kratzman podciągnął chłopca za ucho do góry.
          - Puść - zasyczał Adzio. - Boli... - machał bezradnie rękami. - Puść mnie, ty... - I plunął gestapowcowi prosto w twarz.

          Kratzman puścił. A potem uderzył raz, drugi. Kiedy Adzio z zakrwawioną głową próbował podnieść się z podłogi - trzeci. Oprawca wpadł w furię. Ciężkimi butami kopał go gdzie popadnie: w brzuch, w twarz, w głowę, nie patrząc, czy porusza się, czy nie.
          - Wystarczy, bo zabijesz - odezwał się Miller. A syn c.k. marszałka, we krwi, z rozbitą na miazgę twarzą i połamanymi kośćmi czaszki, podświadomie zapamiętywał ostatnie słowa gestapowców: - Nie chce do szkoły wiedeńskiej, to pójdzie w bandyty.

          Zamknięto go w domu poprawczym w Sanoku, który Niemcy nazywali zakładem dla małoletnich bandytów. To był dla niego szok, prawdziwy szok. Uwięziony, z bardzo poważnymi obrażeniami po gestapowskim biciu, sięgnął dna. Rozbijacy i złodzieje z przestępczych środowisk otoczyli c.k. potomka, zawładnęli jego światem. "Dom bandytów" utrwalił obrażenia ciała i ducha, zidentyfikowane przez lekarzy po latach jako posttraumatyczne, czyli pourazowe.

          Nieletni Polacy, Ukraińcy, także kilku Niemców - w zakładzie wszyscy pracowali na własne utrzymanie, szyjąc buty, odzież roboczą, uprawiając ziemię i ogród, hodując na sprzedaż jedwabniki i pieczarki. Przy strażnikach z karabinami nikt nie próbował uciekać. Adzio wtopił się w towarzystwo. Przetrzymał na początku kilka bójek i koców, skacząc do oczu z pazurami też silniejszym od siebie. Przyswoił zwyczaje i zaczął narzucać swoją, c.k. pomarszałkową wolę. Przez pierwszy rok pracował u ogrodnika. W drugim roku został centowym. - Nic nie robiłem, tylko pilnowałem. Bez strażnika chodziłem. Byłem takim kapo obozowym - wspomina.

          Nie potrafił dociec przyczyn bezsilności matki. On - jej oczko w głowie, rozpieszczany jedynak - spodziewał się ratunku. Z grupki pięciu chłopców z ulotkami ukarano tylko jego tak surowo. Dużo później dowiedział się, że matka robiła, co mogła. Natrafiała na mur... Na gestapo zaniosła wielką część biżuterii, złota, różnych pomężowskich kosztowności. Czas mijał, a aktu łaski nie prokurowano. Ulica plotkowała, że funkcjonariusze gestapo uczynili z marszałkowej Oktawii "dojną krowę". Informacje o złotej spuściźnie po marszałku czerpali z pierwszej ręki: starsza koleżanka Adzia, Ukrainka, z którą bawił się na podwórku i której jako smarkacz opowiadał o klejnotach, o ojcowskiej złotej podkowie, stała się kochanką gestapowca Millera.

          Wdowa po c.k. marszałku, ograbiona i oszukana, napisała list do Hitlera. Pomogło. Po dwuipółletnim odosobnieniu Adzio odzyskał wolność. Wyszedł z zakładu jako zahartowany w światku występku młodzieniec, obeznany z przestępczą podkulturą. Matka chciała widzieć w nim nadal niewinne dziecko.

     Z dążył rozpocząć naukę w Szkole Handlowej w Sanoku. Co jakiś czas wzywano go na gestapo, by zdawał relację ze swego postępowania. Z ulgą doczekał dnia, kiedy po Niemcach, gubiących buty przed Armią Czerwoną, opadł kurz na dobre.

          Podjął naukę wieczorową. Nieźle mu szło, a nawet myślał o studiach prawniczych. Chciał bronić ludzi przed niesprawiedliwością, przed oskarżeniami i wyrokami, których dolegliwości doznał na własnej skórze. Cóż, znów... Mus wyróżniania się. W nowych realiach politycznych plótł, że nie podobają się mu kołchozy, że komuny nie wpuści przez próg swego domu, że Lwów jest polski. Doniesiono. W "bezpieczeństwie" syna marszałka obcego cesarza uznano za wrogo nastawionego do nowego ustroju. Pyskował, dostał w twarz i trafił do więzienia za antyustrojowe wypowiedzi.

          Zaciążyły także zaszłości. Zetknął się z Żubrydem. Potem z różnymi dezerterami z ludowego wojska i milicji; jeden odwiedzał go nawet z bronią. Antoni Żubryd, starszy o dziewięć lat, trochę wyższy, z długimi włosami, ukrywający się przed Niemcami w Płowcach, podszedł do niego z pepeszą, gdy grał w piłkę ze szkolnymi kolegami z handlówki na Księżowskich Łąkach. Żubryd tęsknił za pogawędką, więc porozmawiał: patriotycznie, o Polsce przyszłej, o potrzebie odrodzenia Ojczyzny wolnej i demokratycznej, nie przeczuwając zapewne, że podejmie walkę zbrojną z nowym porządkiem w państwie.

          Za "sugestią" organów bezpieczeństwa Adzio wyjechał z Sanoka. Dzięki ciotkom - nauczycielkom, znającym dobrze dyrektora gimnazjum w Pyskowicach za Gliwicami, Mazura, zamieszkał w pyskowickim internacie i kontynuował naukę. Wspomina: - Trzeba było słuchać, stosować się do regulaminów. Ciągle coś narozrabiałem, nie mogłem wysiedzieć na jednym miejscu.

          Nic nowego... Gdy na każdej ścianie, na każdym niemal płocie malowano hasło: "3 X TAK", razem z kilkoma kumplami napisał ręcznie na piętnastu afiszach swoją rymowankę: "Kto trzy razy TAK głosuje/ Piątej klepki mu brakuje". Plakaty przykleił z kolegami klejem z mąki do kilku domów. I nawiał. Uciekł nie tylko z ulicy, z internatu, ale i ze szkoły. Bo nauczyciel Mazur oznajmił, że wie, kto kartki rozklejał, że każdy głupi poznałby charakter pisma. Przestraszył się. W kategoriach tamtych lat "akcja plakatowa" mogła zostać uznana za akt dywersji politycznego podziemia.

          Dwudziestoletni syn c.k. marszałka pojechał do Wrocławia, bo tam zamieszkała po wojnie i pracowała jako nauczycielka najstarsza z ciotek Pisarczukówien. Ciotki nie zastał, bo wyjechała na dłużej do Sanoka. Mieszkanie - dwa pokoje z kuchnią - stało wolne. Włamał się do środka, powiadamiając o tym krewną w liście. Ciotka przyjechała, lecz na krótko - ciągnęło ją do sióstr i do nich przeniosła się na stałe - mimo to zdążyła wnieść w życiorys siostrzeńca swoje trzy grosze. Z ciotecznego "podpuszczenia" Adzio napisał anonimową skargę na uciążliwą sąsiadkę: "Jeśli się, żmijo, nie wyniesiesz w ciągu 24 godz., to zabiję cię marnie, ty pomiocie!"... Lokatorka wyprowadziła się wkrótce, ale Dembickiego namierzono. Za "niebezpieczne pogróżki i manifestowanie aspołecznej postawy" dostał pierwszy dorosły, acz mały, wyrok więzienia.

     W rocławskie lata wycisnęły piętno szczególne. Opowiada: - To bez przerwy jedna wielka przygoda. Najciekawszy okres mojego życia. Gdybym go opisał, powstałby piękny serial. Ale musiałbym zmienić twarz jak Ronald Biggs i skryć się na drugim końcu świata. Znałem wszystkie prostytutki we Wrocławiu. Nawet te, które przyjeżdżały z innych miast na występy gościnne. Byłem uwielbiany, no bo grałem im na gitarze i śpiewałem. Kobiety z uczuciem. Płakały, gdy grałem... Ja, niejaki Ryjo i Bażant staliśmy na czele kilkusetosobowej grupy tak zwanych bikiniarzy. Byli to straszni łajdacy. Znałem wszystkich urkesów, czyli złodziei. Sam nawet ćwiczyłem nieco dla własnej przyjemności.

          Po okupacyjnych doświadczeniach, z gitarą rzewnie jęczącą, z duszą rozrabiacką, szukającą potwierdzenia pomarszałkowskiej wartości, Adam Dembicki poczuł się jak wieszcz w barwnym, drapieżnym towarzystwie marginesu powojennego Wrocławia. Odra toczyła nurty jak San, dziewczyny z rodzin lwowskich, zabużańskich przypominały rodzinne strony. Poznał Wandę. Prostytutkę. Zameldował ją u siebie. Nie był sam, śpiewał dla niej. A potem wszystko potoczyło się samo. Wein, Weib und Gesang. Pełnia życia. Wanda przyprowadziła koleżanki. W pięć, dziesięć mieszkały u niego. Do domu nie sprowadzały klientów. Płaciły za pokój. Nie był sutenerem, alfonsem. Dawały na jedzenie, na picie, bo go lubiły. Grał im na gitarze, śpiewał. - Prostytutki są uczuciowe, z sercem. Płaczą. Że alfons je porzucił. Że młodość mija. Muzyka działa na ludzi.

          Wanda lubiła jego muzykę, głos, rozmowy. Bywalczyni znanych lokalów. Nie zadawała się z byle kim. To była klasa! Wspominana przez starsze generacje we Wrocławiu do dziś. Miała swoich gości. I K. do niej chodził, i Ł., artyści Opery Dolnośląskiej. - Wysoka, ładna, oczy niebieskie, złoty blond włosów. Niezbyt szczupła. Może ze zbyt dużymi piersiami. Codziennie kupowała nowe majtki, a stare zrzucała. Pewien Żyd je zbierał i sprzedawał całymi stertami. Nigdy nie spijała się. I wesoła była. Marnie skończyła. Popełniła samobójstwo w więzieniu dla kobiet w Grudziądzu. Dostała wyrok za uczestnictwo w napadzie, w którym zamordowany został stróż. Wrobiono ją na dwanaście lat. Jednego łajdaka z napadu skazano na dożywocie, ale wyszedł. Ona nie. Starałem się o widzenie. Nie udało się. Listy pisałem. Coś połknęła: rtęć z termometru czy haczyk. I zmarła. Aż dziw, że pamiętam ją do dziś. Płaczę. O, Boże, jak ja płaczę. Po pijaku widzę ją wciąż. Krzyczę za nią po nocach. Dobra dziewczyna, kochałem ją. Spałem z nią, z innymi nie chciałem, choć przymilały się wszystkie. Pytały mnie nawet, czemu ich nie chcę: "Czy ty się nas brzydzisz?".

          Romantyk. - Te dziewczyny to mnie dopiero rozpiły. Wcześniej, w Sanoku, to ja nie wiedziałem w gruncie rzeczy, co to alkohol. A tu wódka musiała być na stole. Wódka i wino, wino i picie.

          Kochał noce, brzeg Odry. Śpiewał przy gitarze "Don Cavalero": "O, wyjdź na balkon, dziewico...". Chodził po cmentarzu. Tak. Kobiety i łajdacy - wszyscy tam byli. Żebracy i włóczędzy, czyli gredzi i giganci. Na starych poniemieckich cmentarzach kwitło życie. Chciał książkę napisać na ten temat. - Ale - powiada - byłem zbyt leniwy. Wierz mi, przyjacielu, że mógłbym napisać.

          Lubili go wszyscy: prostytutki i bażanci. Nazywali: Piter i Palma. Piter - znaczyło "swojego chłopa", takiego "ciekawego", ale nie wariata. On, Ryjo i Bażant razem. Bikiniarze walili po mordzie zetempowców w czerwonych krawatach, ormowców, bo czerwoni. Gdy ich łapali, to maszynką strzygli włosy przez środek głowy. - Nie dostałem po mordzie od nikogo - stwierdza. Kochali go. I pudlarz, czyli kasiarz, i klawisz albo pasówka od otwierania zamków drzwi. Także sikor albo skaza - złodzieje zegarków. Bażanci, czyli bikiniarze, pochodzili często z zamożnych domów. Wyróżniali się strojem, sposobem bycia. Włosy nosili długie, zaczesane z przodu głowy w duży czub. Jeden fryzjer we Wrocławiu, Antoś, strzygł je i układał. Marynarka kolorowa z samodziału, spodnie wąskie, skarpetki kolorowe, buty na grubym obcasie. Bikiniarki - też kolorowe, wyróżniające się przede wszystkim krótką grzywką. Gdy dziewczyna widziała bażanta z naleśnikiem, czyli z płaskim kapeluszem na głowie, w spodniach - rurkach i w szerokiej marynarce - to z takim szła w gruzy. Razem tańczyli boogie-woogie: "Biglarz buty ma zamszowe/ I koszule kolorowe/ Wąskie spodnie niby gacie/ Gołą babkę na krawacie/ Każdy biglarz tańczyć lubi/ Boogi-woogi, boogi-woogi/ I ja boogi tańczę też/ Kiedy zagra dobry jazz!".

     W rocławskie przeżycia doprawiło wojsko. Z kartą powołania Dembicki trafił do Chorzowa, do piechoty. Zataił wieści o c.k. ojcu. Z marszu, po kilku dniach w mundurze, znalazł się w szkole podoficerskiej. A potem nie wiadomo dlaczego, czy wygadał się po pijanemu, czy skompletowano papiery, został przenicowany do cna przez Informację wojskową. Ze szkoły podoficerskiej przeniesiono go w trybie nagłym do CKM-ów, oznajmiając bez ogródek: - Zgnoimy!

          Zagrała w nim marszałkowska krew... Nocne czuwanie. Stał na warcie, przytupywał z nogi na nogę, odciskał na piętach onuce i czekał na tę wymarzoną chwilę odwetu. Gdzieś z odległej szosy dobiegł go warkot przejeżdżającej ciężarówki. Zza chmur wyłonił się księżyc. Zdecydowanym ruchem odbezpieczył broń. Bez drżenia serca nacisnął spust. Terkot pistoletu maszynowego przeszył noc w promieniu dziesięciu kilometrów. Kule tłukły szyby - szyba po szybie - budynku sztabu dowództwa. Nie przestraszył go hałas ani spadające tynki. Zwolnił spust dopiero wówczas, gdy opróżnił magazynek.

          Alarm. Światła na dziedzińcu. Syrena. Po chwili stał przy nim zdyszany oficer dyżurny z odbezpieczoną bronią. - To ty? - zawołał.
          - Melduję posłusznie, panie poruczniku... Melduję posłusznie, że zauważyłem lądowanie anglo-amerykańskich imperialistów!
          - Gdzie? - rozejrzał się przerażony oficer.
          - Na dachu sztabu!

          Dopiero po kwadransie, po dokładnym sprawdzeniu terenu, przyjrzano się twarzy wartownika. Nie wyrażała żadnych uczuć. Rozbrojono go. Z rękami skutymi kajdankami poprowadzono do celi. Nad ranem przesłuchano. Utrzymywał stanowczo swoje. - Wariat! - pielęgniarz wojskowy zawiózł go do szpitala, a stamtąd do Kobierzyna na dwumiesięczną obserwację psychiatryczną.

          On też obserwował. Uczył się, wchłaniał atmosferę i naśladował chorych. Choć nie wygrał do końca, pomógł sobie. Otrzymał przydział do lżejszej służby w Olchowcu pod rodzinnym Sanokiem.

          Trochę szwejkował, mianowano go więc redaktorem gazetki ściennej. Spisywał artykuliki rocznicowe, kreślił tabele współzawodnictwa żołnierskiej służby. Prowadził zajęcia świetlicowe na aktualne tematy. Koledzy zwracali się do niego z prośbami o pomoc w pisaniu listów miłosnych. Dowódca rzekł na pożegnanie: - Gdyby istniał niższy stopień od szeregowca, tobie by się on należał w pierwszej kolejności.

     W rócił do Wrocławia. W mieszkaniu zastał znajome dziewczyny. I znów radość i wódka, i radość, i wódka. I wielka zgrywa. Prostytutki, zimni dranie, homoseksualiści. Park Hanki Sawickiej - miejsce ich spotkań. Ludzie bogaci, artyści, pisarze. Ich "opiekunem" był Zośka. Miły, grzeczny, zawsze uśmiechnięty, upudrowany. Pilnował bezpieczeństwa za drobną opłatą. Z Zośką dawało radę załatwić wszystko: sprzedać skradziony towar, zdać maturę, zrobić karierę zawodową.

          Gorsze towarzystwo spotykało się w "Małpim Gaju". Bezdomni, giganci. Drobne kradzieże, prostytucja "gruzińska", żebranina. W "Gaju" strumieniami lał się "likier na kościach", czyli denaturat, zwany też "dyktą". Nie pogardzającego nim syna marszałka szanowała nawet Gruba Anielka. Nie czyniła mu nigdy "sztempa", czyli wstydu, jak innym frajerom.

          Stare grobowce na poniemieckich cmentarzach straszyły "zjawami". Żaden patrol milicyjny nie zapuszczał się w te meliny w nocy. Dembicki z gitarą miał wstęp wolny. Napisano o nim nawet w gazetach..., kiedy po pijanemu, by zaimponować dziewczynie, rzucił się w Ogrodzie Zoologicznym przez siatkę lwom na pożarcie. - Pamięta mnie dyrektorostwo ZOO, państwo Gucwińscy... - Lwy nie zareagowały, za to milicja tak. Kolegium Orzekające wyznaczyło mandat, a ogrodowa gablota za szkłem ze zdjęciami chuliganów wszelkiej maści wzbogaciła się o jeszcze jeden wizerunek - syna marszałka! W celach wychowawczych miał wisieć przed ludźmi trzy miesiące, lecz kumple, którzy złożyli się na jego mandat, zniszczyli gablotę następnej nocy.

          Świat drobnej przestępczości, pilnując własnego interesu, współpracował z milicją w sprawach morderstw. Spece od mokrej roboty zdradzali się przed prostytutkami, tymi od Adama też, a te dawały znać. Wystarczyło uderzenie w głowę woreczkiem z piaskiem... Równocześnie nie było litości dla kapusiów. "Kosą", czyli nożem, albo żyletkami, związanymi co parę centymetrów supełkami na sznurku, zmuszano ofiary do wypicia flaszki denaturatu. Po przejechaniu parę razy takim sznurkiem po twarzy traciło się nos, wargi, oczy. I chlust, do kanału Odry. Przeżywali wyjątkowi szczęściarze. Adam Dembicki pamięta dużo: - Założyliśmy się, kto najszybciej wypije z flaszki pół litra spirytusu. Młody Gogo też zastartował. Zachłysnął się. Po chwili nie żył. Inny, Poldzio Góral, chciał przekonać się, czy Krycha go kocha. Udał, że zastrzelił się z pistoletu. Dziewczyna uwierzyła, wpadła w histerię, przewróciła się na schodach, połamała, rozbiła głowę. Nie umarła, ale jąkała się po wyleczeniu. Góral, gdy ją zobaczył, zwariował prawie... Dość... Zapić tych wspomnień nie mogę. Moje pomysły ściągnęły nieszczęście na wielu.

     I więzienie. Miesiące, lata spędzone w okratowanych celach. Bójki, wysiadywanie na kiblu, palenie sienników, natręctwo homoseksualistów. Stał się "swojachą", wytatuowanym na życzenie w więziennej kartoflarni. Za co? Czy rozbijał, zabijał? Nie. Czy czerpał korzyści z nierządu? Nie. Kradł? No, nie... C.k. potomek pyskował. Pióra i języka pohamować nie mógł. Bard nadrzeczny, miłośnik cmentarzy nocą kiblował za pyskowanie! Po pijanemu zaczepił dostojną personę w kawiarni, zagroził, że pysk jej rozbije. Więc siedział. Po pijanemu trącił prokuratora w restauracji. Siedział. Milicjantowi czapkę z głowy zrzucił. Siedział. Chyba z dziesięć wyroków chuligańskich złożono w dobre trzy lata drutowania. Każdemu wyskokowi, każdej zgrywie - zawsze pod wpływem alkoholu - towarzyszyły niezmiennie c.k. demonstracje. Wyzwał prokuratora od sługusów komunizmu, zagroził milicjantowi podpaleniem posterunku, znanemu sędziemu krzyczał o reżimie stalinowskim, zanim jeszcze oblał go piwem. Przymykano go za jakie bądź pogróżki w obawie, że je spełni naprawdę.

          Za każdym razem trafiał do psychiatry. W szpitalu w Żurawicy spędził dwa tygodnie. Lekarze stwierdzili, że w porządku, pije i alkohol zmienia jego osobowość. W Kobierzynie kurował się dłużej, wielokrotnie. Poznał więźniów politycznych. Ci wymieniali się często. Z czterdzieści osób spało w jednej sali. Z ugrupowań UPA, "Ognia", "Hrynia". Jeden oprawca z obozu koncentracyjnego. Pacjenci "groźni dla porządku prawnego" "trzepali" esesmana trochę za to, co wyrabiał. Wyszedł po 1956 roku, o dziwo, mimo trzech wyroków śmierci. Nie wszyscy mieli takie szczęście.

          Ordynator otwartego oddziału obserwacyjnego polubił Dembickiego, no bo ten przygrywał na gitarze "Oczi cziornyje", "Na sopkach Mandżurii" w towarzystwie pułkownika Armii Krajowej Majewskiego, popiskującego na skrzypcach. Ordynator miał zresztą honor ronić łzy przy muzyce i lampce czegoś mocniejszego w doborowym towarzystwie. Był tam i profesor A. z Krakowa, który ukończył Cambridge, gość na wysokim poziomie: krzyżówki układał, grał na instrumentach. Był parę dni generał Mossor, zanim wzięto go na słynny proces "grupy dywersyjno-szpiegowskiej Wojska Polskiego, zagrażającej ustrojowi PRL". Byli inni. Dembicki - jako syn marszałka Jego Cesarsko-Królewskiej Mości - pasował do nich jak ulał. Po 1956 roku, po amnestii, "politycznych" i Dembickiego wypisano ze szpitala.

     W dowie po c.k. marszałku Oktawii dnie i noce ciążyły udrękami. Kochany dawniej Adzio albo włóczył się po miastach i okolicy z gitarą i butelką wina, albo siedział w więzieniu. Cóż więc, sprzedała dom przy ulicy Płowieckiej i przeniosła się do połówki domu, wyłączonego z gospodarki komunalnej, bliżej sióstr. Nie potrafiła odnaleźć się w powojennym ustroju. Obnosiła swą "pańskość". Oznajmiała wszem wobec, że ona, marszałkowa, pracować nie będzie. Unikała sąsiadek, które dawniej usługiwały jej, sprzątały, gotowały, a w Polsce Ludowej stały się "paniami" i podśmiechiwały się z niej za plecami, co bezczelniejsze w oczy.

          Z latami udręka rosła. Ludzie dorabiali się pracą własnych rąk, ona traciła dobytek, bo sprzedawała go za chleb. Zazdrościła wszystkim wszystkiego: nowych mebli, dywanów, motocykli, samochodów... Skarżyła się: - Ja nic nie mam. - Słyszała: - Żeby mieć, trzeba pracować. - Drażnili ją wieśniacy, ten "lud", dochodzący do czegoś w życiu. Diabli ją brali, kiedy radio grało "Kapelę Dzierżanowskiego" albo pohukiwało w takt śpiewek ludowych. Winny był ustrój i syn pijak. Powtarzała, że to przez niego straciła majątek, a on taki...

          Rzeczywiście, Adama Dembickiego z tamtych lat ludzie pamiętają nad Sanem jako włóczykija, lumpa w kolorowej koszuli, barda z przewieszoną przez ramię gitarą, wyśpiewującego nostalgiczne pieśni. Zdumiewano się na bulwarach, że przez usta i gardło syna marszałka, w którego domu czytywano Goethego, przechodzi więzienna zwrotka: "Tej pięknej nocy sam byłem na świecie/ Nie mając co robić, usiadłem w klozecie/ Na tym samym miejscu ona siedziała/ Tym oto papierem dupę podcierała/ Więc biorę ten papier...".

          Dembicki zatrzymał się też na chwilę w Krakowie. Znalazł dość czasu, by siąść na Plantach, zsunąć gitarę z ramienia. Na lumpowską łzę i cygański strój wzięła się jedna z dziewczyn, Zosia.

          Matka Zosi umarła przy porodzie. Ojciec, zajęty bardziej przygodnymi kobietami niż trójką własnych dzieci, umieścił ją w klasztorze benedyktynek w Staniątkach. Klasztor klauzurowy, ściśle zawarowany. Jedynym towarzystwem młodej dziewczyny były kury i koty. Zakonnice dokuczały: - Sierota, a gębę ma jak wrota. - W nagrodę za posprzątanie kościoła dostępowała błogosławieństwa Bożego. Za odstępstwa od regulaminu klęczała godzinami. Całowała siostry po rękach, dziękując za darowanie kary. Dorastała w nieświadomości, że ma braci. Jeden z nich przyjechał raz do Staniątek w czas dożynek. Wywołano ją. Nie powiedziano, po co. Widziała dziewczęta z wieńcami na głowie, śpiewające: "Plon niesiemy, plon". Furta. Kraty. Furta. Mężczyzna, którego zobaczyła po raz pierwszy w życiu, chciał ją pocałować. Odskoczyła, jak zwierzątko zadrapała go paznokciami po twarzy. Schowała się, zastraszona. Tak była wychowywana. Długo trwało nim zrozumiała, nim odważyła się pokazać starszemu o pięć lat bratu. Rozmawiała z nim wpierw przez kraty. A on zaczął opowiadać o życiu, o świecie...

          Wybuchła wojna. Uciekła z klasztoru. Tułała się po rodzinach. Skontaktowała się z siostrą matki we Francji, która ciągnęła ją do siebie. Złożyła papiery, dostała wizę. Pech: coś się zawieruszyło, coś nie zagrało. W konsulacie powiedziano, że taki przypadek jak jej zdarza się raz na tysiąc. Miała interweniować u Bieruta. Zrezygnowała. Nie pojechała.

          W 1950 roku zaczęła pracować w przedszkolu, bo lubiła dzieci. Wieczorowo skończyła Liceum Pedagogiczne dla Wychowawczyń Przedszkoli w Kętach. Mógł to być 1957 rok - pracowała wtedy w przedszkolu w Trzebini, mieszkała w Krakowie przy ulicy Starowiślnej - kiedy ujrzała swego przyszłego męża na Plantach. Stał z gitarą. Młodszy o dwa lata. W następnym roku, roku ślubu, była już w ciąży.

     - Ż ona nie wiedziała wszystkiego - wspomina Adam Dembicki. - Wyroki tłumaczyłem polityką, bo gestapo, bo ubecja to organy polityczne. Kiblowałem za polityczne pyskowanie. Wierzyła, co miała nie wierzyć. Tatuaże tłumaczyłem też polityką, w końcu matka Churchilla, Sara, była tatuowana.

          Odsiadywał końcówkę wyroku, kiedy urodził się mu syn Klaudiusz. Sąd darował okruszki kary z nadzieją na nowe życie. I rzeczywiście - od tego czasu omijało go więzienie, czas zacierał czyny, a prawo pozwoliło wpisywać w kwestionariuszach: "nie karany".

          Żona Zofia znalazła zatrudnienie i mieszkanie w Legnicy, blisko ładnego parku, z dala od teściowej. Miała problemy, bo nie przestrzegała instrukcji oświatowych, nakazujących malcom zwracać się do wychowawczyń w przedszkolu per "obywatelko"! Potem ewentualnie - "ciociu". Nigdy: "proszę pani". Legnickie malaryczne powietrze zagroziło astmą synowi Klaudiuszowi; Niemcy wyprowadzali się ponoć dawniej z tego miasta co siedem lat dla zmiany klimatu. Wróciła więc do Sanoka, chodziła z wózkiem na spacery nad San.

          - Teściowa Oktawia nastawiała Klaudiusza przeciwko mnie - opowiada Zofia. - Nienawidziła, za co? Chyba za to, że mąż obstawał za mną, kiedy się darła, wypominała: "W pańską rodzinę weszłaś!". Wyjechałam z powrotem do Legnicy na kilkanaście lat. A mąż? Raz tu, raz tam. Próbował, ale zwyciężała butelka. Zadawał się z elementami. Bałam się. Do mnie z siekierą przystawił się taki jeden. Klęłam jak oni, żeby skutkowało. W końcu nie wytrzymałam. Dostałam rozwód. Ale nadal mieszkaliśmy razem. Zostałam przy nim. Tak wychowały mnie zakonnice: biły, a ja musiałam całować je za to po rękach. Więc lituję się ciągle nad nim. Teściowa, no, była teściowa, zapisała w testamencie dom wnukowi Klaudiuszowi, bo według niej syn Adam - ofiara hitleryzmu - przepiłby go. Mąż nie wniósł sprzeciwu. Na dobre przyjechaliśmy wszyscy do Sanoka w połowie lat siedemdziesiątych.
          Adam: - Matka była dziwna. Nie dbała o nic: o dom, o grobowiec po ojcu.
          Zofia: - Matka nie dała nam dotknąć niczego ani w domu, ani w ogródku. Wszystko było jej - "pańskie".
          Adam: - Nikogo nie lubiła. Nawet z siostrami źle żyła. Na żonę mówiła: "szmata", "łajdaczka". Do mnie: "łajdaku", "pijaku". Nigdy dobrego słowa. Kiedyś oddała mnie na milicję, opowiadając, że chcę ją zabić. Tydzień mnie przetrzymali.
          Zofia: - Gdy wprowadziliśmy się tu, wzięłam trzydzieści tysięcy pożyczki i wyremontowałam dom. Ani słowem nie podziękowała, do robotnika powiedziała: "To ja jestem właścicielką!". Czterysta złotych płaciłam jej za mieszkanie. Sześć zamków miała w drzwiach do swego pokoju. Moich drzwi nie dała zamykać.
          Adam: - Matka i ciotki, które pochowaliśmy wszystkie w ciągu pół roku, posiadały Kossaków, miśnieńską porcelanę. Matka posprzedawała to. Niby żyła z tego. Za bezcen oddawała rzeczy po marszałku i po swojej rodzinie: szafki rżnięte, lustra w drewnie wielkie jak drzwi, antyki, bibliotekę. Na przykład stare wydanie "Pana Tadeusza" albo książki po swym ojcu - inspektorze szkolnym, gotykiem pisane. Ludzie przychodzili i darli, okradali ją, gdy spała. Dożyła dziewięćdziesięciu czterech lat. Zmarła nagle po przeziębieniu płuc. Na jej pogrzeb nikt z sąsiadów - co wynosili meble - nie poszedł.
          Zofia: - Taka była.
          Adam: - Takie miała życie wdowa po marszałku. Użalała się, że majątek straciła przez syna - łajdaka, wariata, który do tego chce ją zamordować.

     S yn c.k. marszałka doczekał własnego grosza. Wskutek okupacyjnych przejść - dzięki wynikom badań psychiatrycznych, stwierdzających u niego zaburzenia schizofreniopodobne, posttraumatyczne i neuropsychopatyczne - otrzymał rentę inwalidy wojennego. - To ja dopingowałam go - podkreśla Zofia Dembicka. - Pisał on, bo pisać umie, ale ja jeździłam i załatwiałam.

          - Pisałem o gestapo, o obozie dla małoletnich bandytów, o biciu i urazie, o mojej chorobie - wyjaśnia Dembicki. - Tu, w Sanoku, nie chcieli uznać niczego. Do związku inwalidów nie przyjęli. Dopiero gdy napisałem bezpośrednio do przewodniczącego Związku Bojowników o Wolność i Demokrację Mieczysława Moczara, to on kazał zbadać mój przypadek, tak pomógł mi odgórnie.

          Rodzinie ulżyło, bo renta trafiła do portmonetki żony. Nieważne, że byłej. Dopiero jednak śmierć c.k. marszałkowej Oktawii Dembickiej w 1984 roku zapoczątkowała generalne porządki. Trzeba było podłączyć gaz, który zmarła odłączyła przed laty ze strachu, bieżącą wodę i ubikację. Oktawia, bojąca się cywilizacji, wodę do picia pobierała z hydrantu, ubikację zastępowały wiadra toaletowe.

          Z trzydziestodwukartkowego zeszytu z zapiskami Adama Dembickiego: "Od wiosny do jesieni o wiele mniej piję, gdyż pracuję w ogródku. A lubię, żeby ten ogródek cieszył moje oczy, więc stale pielę, grabię, przesadzam i podlewam, i wykonuję inne ogrodnicze prace. Po śmierci mamy wziąłem się za ten ogródek, a rosły w nim jedynie chwasty, perz, powój, pokrzywy i różne odmiany traw, gdyż nieboszczka nie pozwalała nic robić w jej ogródku. Taka mania. Miała tylko malutki własny klombik z przodu ogrodu od ulicy i zawsze patrzyła nań, siedząc przy oknie. Do końca życia sama pieliła i podlewała ten klombik i nie wolno było nam wtrącać się do tego. Po śmierci mamy kopałem od rana do nocy i wyciągałem chwasty. Śnieg padał, a ja jeszcze pracowałem. Ludzie cieszyli się, że zupełnie zwariowałem. Ale uparłem się zrobić ten ogródek. Nawiązałem kontakt z ogrodnikiem z wyższymi studiami, który ma prywatny ogród doświadczalny. Przysłał mi prospekty z opisem różnych kwiatów. U mnie kwiaty kwitną od lutego do grudnia. Najwcześniejsze do ranniki, przebiśniegi, krokusy, przylaszczki, wiosnówka, pierwiosnki, polne stokrotki i inne. Bardzo lubię polne kwiaty. Posiadam też kwiaty szlachetne, jak lilie, liliowce, róże i rzadkie byliny. Co pół metra rośnie jałowiec, w środku kwiaty, głównie leśne, oraz drzewka również leśne. Próbowałem sadzić nawet muchomory pod sosenkami. Trzy tygodnie na kolanach wydłubywałem nożem chwasty. Potem posadziłem żywopłot. Zrobiłem też w betonie motyla, pawie oczko w kolorach naturalnych. Potem znosiłem setki kamieni, które ułożyłem przed żywopłotem i spoiłem cementem. Potem te kamienie pomalowałem emalią na różne kolory. Potem zasadziłem ozdobne trawki, polne stokrotki oraz fiołki. Lepszych kwiatów tam nie sadziłem, żeby mi nie wyrwali. Nikt inny czegoś takiego nie ma w Sanoku za płotem".

          Syn Adama, dwudziestodziewięcioletni Klaudiusz Dembicki, z zawodu listonosz, też rozwinął swoje hobby akwarystyczne. Za życia babki pluskało w domu jedno akwarium, potem siedem. Największe - prawie stulitrowe. Klaudiusz, piwnooki jak matka, marzy o akwarium pięciuset litrowym, takim co potrzebuje szyb o osiemnastomilimetrowej grubości. Po co tak wielka głębia? Aby rybki pływały w środowisku prawie naturalnym. Kupił guraminy dwuplamiste - małe, trzeba je karmić co godzinę. Kiryski czarnoplamiste, skalary. Były neonki, ale one wymagają osobnych przestrzeni. Cieszą oko glonojady, mieczyki, gupiki - takie pawie oczka - oraz trzy żabki.

          O pokojową palczychę, fikusy wielkie jak drzewa, anturium, kwitnące na czerwono, aron w doniczce i fiołek alpejski dba Zofia Dembicka. Wielbi także zwierzęta. W Legnicy trzymała węża, żółwia, jeża, oswojoną żabę, nawet żmiję. Mały Klaudiusz owijał wokół szyi zaskrońca. Dużo różnych psów kochała: Kamę, wcześniej Reksa, Gobi. Zwierząt nie ma w domu, bo kto zadba o nie, jeśli opieki wymagają ludzie?

     P o śmierci c.k. wdowy Oktawii odchwaszczono i odnowiono wielki rodzinny zabytkowy grobowiec w kształcie piramidy. W dniach pogrzebu okazało się, że w grobowcu znajdują się dwie trumny z nieznanymi szczątkami. Czyimi? Kto towarzyszył c.k. marszałkowi w grobie przez długie lata? Zmarła w 1957 roku matka Oktawii, Jadwiga Pisarczuk? Dwadzieścia tysięcy dostał grabarz w łapę, by szczątki zwłok złożyć w jednej trumnie i dać im spokój.

          W 1990 roku na c.k. mogile dwa zdjęcia porcelanowe za szybkami. I napisy: "Adam de Wrocień Dembicki, marszałek polny kawalerii Cesarza Austrii i Króla Węgier Franciszka Józefa I-ego, ur. 1849, zm. 1933", "Oktawia Dembicka, wdowa po marszałku polnym, 1890 - 1984". Na pierwszym zdjęciu marszałek w całej krasie. Na drugim - Oktawia... młoda. - Dałem starą fotografię, bo innej nie miałem - oświadcza Adam Dembicki.

          - To był wieczny powód awantur - wspomina Zofia Dembicka. - Kiedy mąż chciał dowiedzieć się od matki czegoś o ojcu, wybuchała kłótnia. Nie chciała mówić. Wstydziła się, że była młodsza. Widziałam na śmietniku jej wspólne zdjęcie z marszałkiem - obcięte. Nie chciała z nim stać, choć zapisał jej cały majątek.

          Aby zdobyć informacje o ojcu, syn c.k. marszałka podjął korespondencję z kancelarią prezydenta Austrii. Ściągnięte z Wiednia fotokopie dokumentów nie potwierdziły treści napisu na grobowcu, podanego z pewnością przez wdowę Oktawię. Po pierwsze Dembicki nie był kawalerzystą, ale piechurem. Francuski tytuł szlachecki "de"? "Wrocień"? Kilkanaście kilometrów na północ od Sanoka wznosi się na 501 metrów niewielkie wzgórze Pogórza Dynowskiego - Wrocień. Tyle wiadomo. Innego skrawka ziemi o tej nazwie nie ma ani w Sanoku, ani w okolicy. Pisma z kancelarii Austrii tytułują marszałka "von Dembickim". Nobilitację na stopień szlachecki ("Edler von") marszałek otrzymał 11 lipca 1911 roku prawdopodobnie w czterdziestolecie służby wojskowej.

          Kontakt c.k. syna z Wiedniem, z przyjaznym kanclerzem prezydenckim dr. Kurtem Skalnikiem, zaowocował odpornymi na uderzenia szkłami do ochrony porcelanowych portretów na grobowcu oraz nowym na nim napisem: "Adam Dembicki von Wrocień, Feldmarschall - Leutnant w służbie Cesarza Austrii i Króla Węgier Franciszka Józefa I-ego, 1849 - 1933".

     W iększość poranków u Dembickich zaczyna się tak samo. Pierwszy zrywa się na pocztę Klaudiusz. Przeciera oczy, łóżka nie ścieli, wsypuje pokarm rybkom, upewnia się, że matka lub ojciec dołoży rybkom żarcia za kilka godzin. I nie ma go. Wpada w środku dnia do rybek i znów go nie ma. Buja w świecie, w swoim towarzystwie. Niekiedy nachodzi go refleksja - bo ludzie nie dają zapomnieć - że w torbie listonosza nosi nie tylko korespondencję z całego świata, emerytury i renty polskie. Nosi ze sobą od domu do domu buławę monarchicznego dziedzictwa: sumienną służbę dla Najjaśniejszego Pana, no i pewien status społeczny przez historię zdegradowany.

          Jego matkę Zofię omotują inne problemy. W przedszkolu bawi dzieciaki. Do domu najchętniej by nie wracała. No, bywają dni, gdy tak mówi. W jej pokoju, przechodnim dla syna i męża, zawiązał się węzeł duchowy i nerwowy trzyosobowej rodziny. W nim się rozmawia, je, rozstrzyga problemy, planuje przyszłość. - Syn w pracy cały dzień, a ten spity tam za drzwiami. Że też mu zdrowie dopisuje. Tydzień w miesiącu jest trzeźwy? Awanturuje się. Wyjmuję mu klamkę z drzwi - opowiada Zofia Dembicka. - On szczyci się swoją przeszłością. Tymi więzieniami, tymi prostytutkami. Mnie to krępuje przed koleżankami, życia mi one nie zazdroszczą. Śpię i mieszkam. Siedzę przy synu. Bo gdzie pójdę? Cóż, takie zakonne moje wychowanie.

          Z pokoju Adama Dembickiego tchnie pleśnią, ale trochę i artystyczną duszą. Wytatuowany pijak - pijący, aby pić, bo lubi, bo chce, któremu wydaje się, że mógłby przestać pić w każdej chwili, jednak nie sprawdzający siebie w tym zakresie - ściany wykleił jak tapetą tysiącem naklejek, zdjętych z win i wódek. Ma wszystko, szkoda czasu wyliczać. Nowe naklejki donosi mu syn od znajomego z monopolu. Na ścianie pozostało jeszcze trochę miejsca, ale rezerwy czekają: "Mołdawskie wino", "Aprico - likwor", "Riesling", "Krupnik", "Tytan". Oprócz naklejek - miniaturki butelek po koniaku, whisky..., a także pudełka po zapałkach. O miejsce na ścianie konkurują akty kobiece z kolorowych czasopism. Gospodarz oprawia je w ramki drewniane. Ciemny, odcięty od słońca pokój niczym barakowóz jurnych nafciarzy czy bieszczadzkich drwali. Tylko, że nie ma w nim młodości. Jest smutek.

          - Nie uderzyłem żony, choć ona przyłożyła mi parę razy. Dobra kobieta. Mogła zostać w Legnicy... Wie, że gdy zachoruje, to ja pomogę, zrobię zakupy, nie zostawię jej. Wyjmuje mi klamkę z drzwi... po wypiciu. Potem przepraszam ją. Syn też nie wylewa za kołnierz. Sam robi sobie wino. Ja wina syna nie wezmę nigdy, choć mógłbym - Adam Dembicki pielęgnuje honorowe reguły gry. Nie zapali papierosa w pokoju żony. To szansa: uczepić się tych zasad, wszystkich zasad, których pokłady drzemią w cesarsko-królewskim potomku, i wypełnić przeznaczenie. Oto zamiar: przypomnieć światu o wybitnym ojcu. I nadzieja, że tak jak marszałkowe brzemię sypnęło mu marami i alkoholizmem w złym darze, tak może mu ono w dobrym darze wódkę i wino odebrać.

          Na wszystko potrzeba wszak trochę cierpliwości. Na początek Adam Dembicki podjął wojnę z wronami na pobliskich drzewach. Przesłał monity do władz miejskich i nic. Zapisał więc w zeszycie swoje ostatnie epitafium, bynajmniej nie z przeznaczeniem na rodzinny grobowiec...: "W tym grobie c.k. Adam Dembicki spoczywa /Śmierć była dla niego zawsze litościwa/ Więc mógł żyć jeszcze długo ten człowiek wspaniały/ Lecz na śmierć wrony go zakrakały". Powtórzył też znaną prawdę: "Wielka kariera w życiu go czekała/ Lecz wykończyła go podła gorzała".




(pierwodruk: "Wieści")

Autor tekstu:
Janusz L. Sobolewski



reportaże  Powrót do zbioru reportaży